Pułapka idealizmu

pułapka perfekcjonizmu zdjęcie w tle

Nie jestem mamą z kategorii: „Opowiem wam o kupce mojego dziecka”. Nie. Ale przyznaję bez bicia z małą domieszką skruchy – z irytującą łatwością przechodzę od dowolnego tematu rozmowy do kwestii dzieci. Książka – dziecko, bo mu czytam, studia – bo dziecko w przedszkolu, polityka – bo jego przyszłość, filozofia – bo sens życia. Skojarzenia pojawiają się same. W sposób niekontrolowany. Trudno umysłowi wyskoczyć z roli… Też tak macie? Czasem gryzę się w język, co by monotematyczną nie być. I, co bardziej istotne, by odpuścić „niedzieciatym” rodzicielską mantrę. ALE. Nawet przy zetknięciu z tematem na pozór znanym, wewnętrznie przerobionym, z zaskoczeniem dostrzegam naleciałości nowej perspektywy.

Ostatni przykład. Kino. Seans od dziecięcej tematyki odległy bardzo. „Syn Szawła”- pokazujący historię jeńców obozu koncentracyjnego z perspektywy członka Sonderkommando obsługującego komory gazowe… Mocne, bezkompromisowe kino. Ale tego wieczoru jestem tak podekscytowana samym faktem wyjścia do kina, że na temat samego filmu nie wiem nic.

Światła gasną. Zaczyna się. I… widzę te ciasne, klaustrofobiczne kadry. Twarz bohatera. Niezmienną. Z nieobecnym spojrzeniem. I to, że ciężko dostrzec drugi plan. Więc wysilam się, lekko podenerwowana, żeby zdiagnozować, co się tam tak kłębi. Co to za miejsce? W końcu dostrzegam. I w głowie kołacze mi jedna myśl.

Ona się kiedyś dowie. Przeczyta „Medaliony” i „Inny świat”.

Film klatkuje dalej, a moje myśli, już zainfekowane, błądzą.

Nie będzie to kubeł zimnej wody. Szok jakiego w „Piątym elemencie” doznała LiLu, dochodząc w wirtualnej encyklopedii do hasła „War”. Uświadamianie będzie następowało stopniowo. Najpierw na własnej skórze doświadczy lekko sadystycznych skłonności dzieci, które zwłaszcza w grupie w mig wychwytują słabość i inność. Potem obejrzy kilka kreskówek, jakiś kinowy hit. Usłyszy newsy w radiu. Z czasem zasiądzie do obiadu przy wiadomościach. Potem, zakładając optymistyczny scenariusz, przeczyta kilka książek, obejrzy parę filmów, w pesymistycznym zdobędzie dziesięć punktów premii za brutalnie zadaną śmierć w jakiejś grze. (Tak. Są takie).

Do momentu, w którym pozna obozowe historie, prawdopodobnie rzeczywistość ograbi ją już z niewinności. Wygarbuje skórę. Przygotuje na brutalną prawdę. Tylko… właśnie… czy wyda się jej brutalna?

Będzie przecież dorastać w świecie, w którym empatia i wrażliwość ciągle są wystawiane na próbę. Którego mieszkańcy obojętnieją, bo z każdej strony bombardują ich informacje o nowych zamachach, konfliktach, epidemiach, strzelaninach. Pięć tysięcy zgonów przy śniadaniu, szesnaście ofiar zamachu przy obiedzie, tsunami na podwieczorek, trzęsienie ziemi na kolację. Ale wszystko podane w lekkostrawnym sosie. Ma być drastycznie, ma szokować, ale nie wywoływać długiego dyskomfortu. O nie. Oglądalność mogłaby niebezpiecznie spaść.

Dlatego krwawe obrazy mrugają obok reklamy pampersów. Wewnętrzny niepokój po usłyszeniu informacji ze świata skutecznie niweluje pojawiające się kilka klatek później uśmiechnięte słoneczko Polsatu i reklama jedenastej edycji Tańca z Gwiazdami. Idealnie zbilansowana mózgowa papka.

Jak więc zadbać o to, żeby córka nie straciła wrażliwości? Żeby jej żołądek nie przywykł do spokojnego trawienia podczas oglądania krwi, obojętnego przechodzenia obok ludzkiego cierpienia. By nie dołączyła do grona beznamiętnie przeżuwających posiłek podczas słownych batalii. Wyrzucających z siebie jad precyzyjnie między kęsami, z satysfakcją wprost proporcjonalną do wyrządzonych szkód. Żeby jej ręka nie sięgnęła po telefon, by nagrać, jak koleżanka okłada pięściami koleżankę, tylko miała odwagę i potrzebę te pięści zatrzymać? Jak?

Jakiś czas później (po wyjściu z kina znaczy się), jako, że gniecie mnie ten empatyczno-medialny wątek, szperam i docieram do badań. Autor dowodzi bezpośredniego wpływu brutalności w mediach na stłumienie odruchu niesienia pomocy. Inaczej zachowują się ludzie wychodzący z kina na widok bójki na schodach po obejrzeniu obyczaju lub komedii (szybko interweniują), a inaczej po wyjściu z brutalnego kryminału (opóźnienie reakcji). Różnie zachowują się też ci, którzy grają w logiczną grę komputerową, od tych konsumujących wyjątkowo brutalną „strzelankę”. Zgadnijcie, którzy są bardziej skorzy do interwencji przy zaaranżowanej w pomieszczeniu obok kłótni? (Więcej o wpływie mediów piszę tutaj).

Wniosek? Tylko jeden. Wywieźć dziecko do lasu, sadzić marchewkę i zabrać ze sobą kozę, która wyżywi trzyosobową rodzinę. I psa.

Kilka miesięcy później sięgam po książkę nie-dziecięcą. Zwierzęcą. Dosłownie, bo chodzi o „Duchowe życie zwierząt”. I co tam znajduję? Klamrę. Zakończenie wątku, który zrodził się w mojej głowie podczas pamiętnego seansu. Czytam w niej o działaniu neuronów lustrzanych u ludzi (wątek zdecydowanie poboczny). To te, które sprawiają, że ziewamy, kiedy inni ziewają, zarażamy się uśmiechem, albo… cierpimy, kiedy inni cierpią. Takie neuronowe nośniki empatii. „Osprzęt współczucia” jak nazywa to autor. Pisze on, że neurony lustrzane funkcjonują jedynie wówczas, gdy są odpowiednio stymulowane w wieku dziecięcym… „Tylko ten, kto ma kochających rodziców lub innych opiekunów, może ćwiczyć odzwierciedlanie uczuć i wzmacniać te komórki nerwowe. Kto jednak nie zaznał takiej młodości, u tego zdolność do współczucia marnieje”.

Od momentu przeczytania tego zdania, burza w moim mózgu ucichła.

Przytulam dziecię. Nagminnie. Może więc pora przestać przejmować się wszechobecną medialną miazgą i jej zobojętniającym wpływem. Jest nadzieja, że lustrzanych neuronów w jej mózgu – dostatek. Dla pewności podsunę jej z czasem „Anię z Zielonego Wzgórza”, a kiedyś, kiedyś obejrzymy razem „Amelię”. Może wystarczy…

FOTO: www.flickr.com / Cxelf

  • Peter Wohlleben, „Duchowe życie zwierząt”;
  • Manfred Spitzer,  „Cyfrowa Demencja”.

 

Tekst ewidentnie klasyfikuje mnie do tytułu Matki Polki Paranoiczki. Cóż. Nie on pierwszy.

 

 

 

Możliwość komentowania jest wyłączona.